strona główna

numer 58

1300 kilometrów na holu za śmigłowcem



  Gdy zbliżaliśmy się do tego olbrzymiego miasta, robiło się już szaro i zaczął mnie ogarniać niepokój, bo wydawało mi się oczywiste, że nie zdążymy przed nocą dotrzeć przez Ferihegy do Dunakeszi. Nie wiedziałem, jakie są zamiary kierownika ekipy, bo łączności z "szeryfem", czyli Józkiem Dankowskim ani ze śmigłowcem nie miałem, radia w tamtych czasach w szybowcach nie było. Z mojej pozycji w stosunku do miasta orientowałem się, że chyba nie lecimy na Ferihegy. I w jakimś momencie spostrzegłem, że za lecącym w pewnej odległości przed nami Jakiem-12M dyndają luźne liny, a "Jastrzębi" nie ma. Odczepiłem się więc i ja i zacząłem wypatrywać lotniska, ale w zapadającym zmroku nie mogłem go dostrzec. Pomogli mi, nie wiedząc o tym, moi akrobaci - Staszek i Zygmunt: mieli zwyczaj wykorzystywania każdego momentu lotu po odczepieniu na trenowanie swojej wiązanki i kątem oka zauważyłem właśnie jasny spód "Jastrzębia" kręcącego beczkę hen w dole, nisko nad ziemią. Tam zatem musi być lotnisko! Lądowaliśmy więc już po zachodzie słońca bezpośrednio w Dunakeszi i mogliśmy dołączyć do gwarnego międzynarodowego towarzystwa uczestników pokazów.



wstecz